Uncategorized

Kurs raczej nie przedmałżeński

29/02/2016

Ostatnio mam wątpliwą przyjemność uczestniczenia w przedsięwzięciu, które musi zaliczyć każdy, kto planuje w przyszłości wziąć Katolicki ślub kościelny. Kurs przedmałżeński, bo o tym cudzie mowa, podobno ma pomóc narzeczonym, w odnalezieniu się w nowej roli żony i męża. 

Pomaga czy nie, trudno powiedzieć, bo jeszcze się taka nie znalazła, która chciałaby za mnie wyjść. W każdym razie, wniosek, jaki nasunął mi się po wysłuchaniu części z tych mądrości, jest taki, że wcale się kurwa nie dziwię, że liczba udzielanych rozwodów stale rośnie. I pomijam już zupełnie fakt, że części z nich pewnie dało by się zapobiec, gdyby ludzie umieli ze sobą normalnie gadać, bo teraz akurat nie chodzi o to. Problemem jest, CO WCISKA SIĘ MŁODYM LUDZIOM DO GŁÓW NA TEMAT MAŁŻEŃSTWA. W ciągu kilku spotkań, nasłuchałem się naprawdę sporo, ale oto kilka ananasów:

– Antykoncepcja jest zła. Bo jest zła. Osobom stosującym antykoncepcję, ksiądz nie może udzielić rozgrzeszenia. – Aha. Z takim argumentem trudno w ogóle dyskutować.

– Antykoncepcja jest zła, ponieważ powoduje ona uprzedmiotowienie kobiety, która jest traktowana przez mężczyznę wyłącznie jako obiekt seksualny. – No tak, bo gdyby było bez gumy, to pewnie wychwalałby ją pod niebiosa.

– Małżeństwo jest stanem, w którym moje JA schodzi na dalszy plan. Przede wszystkim liczy się mąż/żona. – No tak. Co z tego, że jest mi źle z tym, że mąż ze mną nigdzie nie wychodzi, że nie czuję się przy nim jak kobieta, że jest wobec mnie nastawiony wyłącznie roszczeniowo. Trudno, tak musi być, bo liczy się nie moje, a JEGO dobro. KIEDYŚ pewnie będę szczęśliwa (Nie, nie będziesz, przynajmniej nie w związku takim jak ten).

I wreszcie gwiazda wieczoru:

-Małżeństwo zawiera się na całe życie. Od chwili, kiedy wypowiecie razem „TAK”, jesteście złączeni ze sobą do śmierci. – Nie ma znaczenia, co się stanie; czy mąż będzie wyzywał żonę i traktował ją jak szmatę, albo żona zamieni się w nieznośną zołzę, macie pozostać ze sobą do śmierci. Bo oczywiście, ślubowaliście sobie dozgonną miłość. 

Nóż się otwiera w kieszeni. Wyobraźcie sobie, że ludzie się czegoś takiego nasłuchają, wbiją do łba i potem żyją w oparciu o to, Pół biedy, jak wiedzie im się w miarę dobrze. Lepiej, gorzej, ale żyją, dają radę. Problem powstaje w momencie, kiedy robi się jakiś zgryz i ciężko go rozwiązać, stosując metody, jakie podał na kursie ksiądz, lub jakaś urocza pani z poradni przy parafii. 
Polećmy klasycznie: Facet chleje, przepija wypłatę, zdradza żonę, brud, ubóstwo i ogólnie sytuacja nie do pozazdroszczenia. Dzieci oczywiście muszą być. Żona – typowa matka Polka, pracuje, sprząta, zajmuje się dziećmi, gotuje obiady i dzielnie znosi ten wrzód, jakim jest jej mąż. Pewnie mogłaby się od niego uwolnić. Pewnie kosztowało by to ją trochę wysiłku i trudu, ale w ostatecznym rozrachunku, po tym okropnym okresie, zaczęła by żyć z godnością, jaka jej się należy. Ale nie może tego zrobić, bo ciągle tkwi w ramach narzuconych jej przez Kościół, „no bo przecież to tak nie może być”. „Jak to, rozwód? Przecież On nie pije już tydzień, zobacz, poprawił się.” Nie pije już tydzień, bo przechlał wszystko i nie ma już za co. Hardkorowo? Patologii nie brakuje, wystarczy się rozejrzeć dookoła. I gdyby to nie było prawdziwe, byłoby… Nie, nie byłoby śmieszne. To jest tragiczne. 


    Dwoje ludzi darzących się wyjątkowym uczuciem. Decydujących się z własnej woli na zawarcie małżeństwa, bo naprawdę chcą to zrobić i wierzą, że im się uda. I nagle wyskakuje ksiądz i mówi im „Nie będziesz oglądać się za innymi babami, bo NIE WOLNO. A i Ty też nie spojrzysz na innego, bo mąż będzie zazdrosny. Będziecie unikać przygodnych flirtów, bo to może zburzyć wasze szczęście”. Jeszcze zanim wzięli ślub, przedstawiono im masę zakazów i nakazów. Dzięki za info. Skoro decyduję się na związek, to WIEM, że działanie z kimś na boku raczej nie przysłuży się do poprawy jakości obecnego związku. Rezygnuję z tego świadomie, bo ta druga osoba, jest kimś absolutnie dla mnie wyjątkowym i to z nią chcę tworzyć coś wspaniałego. 
    Mówienie tekstów „Jak kochasz, to nie zdradzaj”, to trochę tak, jakby mówić człowiekowi, żeby się nie zabijał, bo śmierć generalnie bardzo szkodzi zdrowiu.
    I w tym kryje się cała ironia przysięgi małżeńskiej. W momencie ślubowania najszczytniejszej miłości, wystawiamy się na działanie najbardziej podstępnego strachu: 
– Czy ta druga osoba mnie kocha tak, jak ja ją?
– Jeśli już mnie kocha, to czy zawsze tak będzie?
– A co, jeśli zakocha się w kimś innym?


    Mam wrażenie, że problem nie leży w samej instytucji małżeństwa, ale w naszym postrzeganiu miłości. Uważamy, że jeśli kochamy drugą osobę, to mamy do niej pełne i wyłączne prawo. A tak przecież nie jest. Kiedy kochasz, chcesz dla drugiej osoby jak najlepiej. Nawet w momencie, kiedy powie Ci „Chcę odejść”. A Ty dasz jej odejść, bo skoro uważa, ze szczęśliwsza będzie z kimś innym, to tak pewnie jest. Wypowiedzenie słów „Kocham Cię” nie powinno w żaden sposób ograniczać Ciebie i drugiej osoby.

Może się mylę, może kiedyś okaże się, że gówno miałem, a nie rację, ale jednak doświadczenie pokazuje, że obecne postrzeganie związków i całej otoczki wokół nich nie sprawdza się w 100%. 
Może pora zbudować swoją własną definicję i żyć w oparciu o nią? Może wyjdzie Ci to na dobre, może nie, ale przynajmniej będziesz czuć, ze sam to stworzyłeś, a nie jedynie odtwarzałeś czyjeś spojrzenie na związki.
I żeby było jasne, ja nie mam nic przeciwko małżeństwom, ale ogarnijmy się do cholery, zacznijmy myśleć i zaufajmy choć trochę własnym uczuciom.



Pjona,
Konrad 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *